Moja wrześniowa sobota
2026-09-12 10:41:00
Od kiedy wróciłam znad jeziora, moje poranki wyglądają trochę inaczej. Chyba coś się we mnie zmieniło. Rano nie chcę od razu sięgać po telefon i sprawdzać, co wydarzyło się na Instagramie, kto napisał i co nowego pojawiło się przez noc. Czasami ręka sama wędruje w jego stronę, bo przecież dobrze znam ten odruch. Ale odkładam go na później. Najpierw wychodzę na taras i daję sobie trochę czasu tylko dla siebie.
Siadam tam, gdzie świeci słońce, zamykam oczy i robię kilka spokojnych oddechów. Przez chwilę próbuję nie myśleć o niczym. Nie zawsze się udaje, ale coraz mniej mi to przeszkadza. Myśli pojawiają się i znikają, a ja po prostu siedzę jeszcze chwilę. Później otwieram dziennik i zapisuję kilka zdań. Czasami wiem dokładnie, co chcę napisać, a czasami zaczynam od jednej myśli i pozwalam, żeby pojawiły się kolejne. Potem jeszcze przez chwilę medytuję i dopiero wtedy idę zrobić sobie kawę.
Wracam na taras z gorącym kubkiem w dłoniach. Pies jest obok mnie i chyba równie dobrze jak ja zna już ten nasz poranny rytuał. Siedzę, piję kawę i patrzę przed siebie, a on co chwilę podnosi głowę, jakby chciał sprawdzić, co dzieje się dookoła. Słońce przyjemnie ogrzewa twarz, gdzieś słychać ptaki. Lubię ten moment, kiedy dzień jeszcze niczego ode mnie nie chce. Siedzimy tak razem i powoli nabieramy energii na resztę dnia.
A potem wychodzimy na spacer. Dopiero poznaję tę okolicę, więc właściwie za każdym razem odkrywam coś nowego. Nie mamy żadnej ustalonej trasy. Idziemy tam, gdzie chce pies, zatrzymujemy się, kiedy coś go zainteresuje, a ja przy okazji rozglądam się dookoła. Wszystko jest dla mnie jeszcze nowe. Małe uliczki, drzewa, ogrody, domy, których wcześniej nie znałam. Czasami skręcamy gdzieś zupełnie przypadkiem i okazuje się, że właśnie tam najbardziej mi się podoba. Tego ranka zauważam pierwszy liść leżący na ziemi. Na drzewach pojawiają się już żółte i brązowe plamy. Przy ścieżce leży kasztan, kawałek dalej żołądź. Jeszcze niedawno wszystko było zielone, a teraz wystarczy się rozejrzeć, żeby zobaczyć, że coś powoli się zmienia. Idziemy niespiesznie. Pies zatrzymuje się przy tym, co dla niego ważne, a ja przyglądam się temu, co mijamy. Nigdzie nie musimy być o konkretnej porze.
Dopiero później kierujemy się do piekarni. Już od progu czuję zapach świeżego pieczywa. Ten zapach zawsze sprawia, że nagle mam ochotę kupić więcej, niż planowałam. Wychodzę z kilkoma ciepłymi jeszcze bagietkami i ruszamy z psem w stronę domu. Przez papierową torbę czuję ich ciepło, a zapach świeżego pieczywa idzie z nami jeszcze kawałek.
Po drodze znowu patrzę na wszystko, co mijamy. Na drzewa, które powoli zmieniają kolory, na liście rozsypane przy drodze, na kasztany i żołędzie. Lubię to, że jestem tutaj nowa. Że jeszcze nie znam tych wszystkich miejsc i mogę każdego dnia odkryć coś, czego wcześniej nie zauważyłam.
Wracamy do domu, a ja odkładam bagietki na stół. Pies znajduje swoje miejsce, a ja przez chwilę jeszcze stoję przy oknie i patrzę na drzewa. Myślę o tym, że kiedyś takie poranki wydawały mi się czymś zwyczajnym. Dzisiaj chyba bardziej je doceniam. Taras, słońce, kawa, kilka zapisanych w dzienniku zdań, spacer bez planu i pies, który po prostu jest obok. I może właśnie dlatego tak lubię moje wrześniowe soboty. Nic wielkiego się w nich nie wydarza. A jednak kiedy wieczorem pomyślę o poranku, mam wrażenie, że był dokładnie taki, jakiego potrzebowałam.
:Kamila