Instagram
 
Facebook
 
You Tube
 
Tik Tok

I nagle poczułam, że jestem szczęśliwa

2026-09-22 17:49:00
I nagle poczułam, że jestem szczęśliwa

Dziś pierwszy dzień jesieni. Rano założyłam czapkę i mój ulubiony czerwony szalik. Do tego kalosze, bo od nocy padało i wszystko za oknem było mokre.

Spojrzałam na siebie w lustrze przed wyjściem i uśmiechnęłam się. Tak po prostu. Pomyślałam, że chyba właśnie na takie poranki czekałam przez całe lato, chociaż jeszcze kilka tygodni temu trudno było mi sobie wyobrazić, że zatęsknię za chłodniejszym powietrzem, mokrymi ścieżkami i szalikiem owiniętym wokół szyi.

Stałam jeszcze chwilę przed lustrem i poprawiałam czapkę. Włosy jak zwykle nie chciały się ułożyć tak, jak powinny, a czerwony szalik był trochę za duży i po chwili zsunął się z jednego ramienia. Właśnie wtedy pomyślałam, że lubię siebie najbardziej w takich zwyczajnych momentach. Nie wtedy, kiedy wszystko jest dopięte, kiedy mam idealny dzień i zdążę zrobić wszystko, co sobie zaplanowałam. Tylko właśnie wtedy, kiedy stoję rano w przedpokoju, trochę zaspana, w kaloszach, za dużym szaliku i wiem, że za chwilę wyjdę z domu.

Otworzyłam drzwi. Powietrze było zupełnie inne niż jeszcze kilka dni temu. Chłodniejsze, wilgotne, ciężkie od deszczu. Trawa uginała się pod kroplami wody, a na ścieżkach leżały pierwsze mokre liście. Nie było ich jeszcze dużo. Tyle, żeby zauważyć, że lato powoli odchodzi, ale nie tyle, żeby można było powiedzieć, że jesień zadomowiła się już na dobre. Lubię ten moment pomiędzy. Kiedy jedna pora roku jeszcze nie zdążyła odejść, a druga dopiero nieśmiało zagląda przez drzwi.

Deszcz na chwilę przestał padać, choć niebo nadal było szare. W kałużach odbijały się drzewa, a moje kalosze zostawiały na mokrej ziemi wyraźne ślady. Szłam wolniej niż zwykle. Bez pośpiechu. Po drodze mijałam te same miejsca, które znam już całkiem dobrze, ale tego dnia wyglądały inaczej. Mokre ławki, ciemniejsze od deszczu drzewa, trawa przygnieciona wodą. Liście przyklejały się do mokrej ziemi, a z gałęzi co chwilę spadały pojedyncze krople. To własnie wtedy zobaczyłam fioletowe kwiaty. Rosły przy brzegu ścieżki i uginały się pod ciężarem deszczu. Niektóre pochylały się prawie do samej ziemi. Na płatkach zostały małe krople wody, które błyszczały przy każdym poruszeniu kwiatów.

Zatrzymałam się. Patrzyłam na nie przez chwilę. Były takie delikatne, a mimo deszczu nadal tam były. Pomyślałam o tym, jak szybko wszystko wokół nas potrafi się zmienić. Jeszcze niedawno chodziłam tędy w lekkich butach. Wieczorem można było wyjść z domu bez kurtki, a słońce długo nie chciało znikać. Pamiętam te ciepłe wieczory, otwarte okna i poranki, kiedy pierwszą myślą było to, żeby napić się kawy na tarasie. A teraz stoję w kaloszach, mam czerwony szalik pod szyją i patrzę na kwiaty mokre od deszczu. I zamiast tęsknić za latem, pomyślałam tylko, że dobrze, że przyszła jesień.

Może właśnie dlatego tak ją lubię. Niczego nie udaje. Nie próbuje być idealna. Przychodzi z deszczem, chłodnymi porankami, mokrymi liśćmi i ciemniejszym niebem. A mimo to ma w sobie coś, co sprawia, że chce się wracać do domu.

Ruszyłam dalej. Pies co chwilę się zatrzymywał. Raz zainteresował się czymś przy drzewie, za chwilę pobiegł kawałek dalej, a potem znowu wrócił do mnie. Szliśmy tak razem, bez pośpiechu. Co jakiś czas spoglądałam na niego i uśmiechałam się pod nosem. Kiedy wracaliśmy, znowu zaczęło padać. Najpierw delikatnie, pojedynczymi kroplami, a potem coraz mocniej. Naciągnęłam szalik wyżej i przyspieszyłam trochę kroku. Wcale mi to jednak nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Lubię wracać do domu, kiedy na zewnątrz pada. Ten moment, kiedy można zamknąć za sobą drzwi, odstawić mokre buty i poczuć ciepło domu.

Tego dnia właśnie tak zrobiłam. Zdjęłam kalosze, odwiesiłam czerwony szalik i czapkę. Pomyślałam, że szalik pewnie długo będzie jeszcze wilgotny, ale nic nie szkodzi. Jutro znowu go założę. W kuchni zrobiłam sobie herbatę. Taką naprawdę gorącą, żeby ogrzać dłonie o kubek. Potem poszłam do salonu, usiadłam na kanapie i przykryłam się kocem. Pies położył się obok mnie, jakby od początku wiedział, że właśnie tutaj skończy się nasz poranek. Za oknem padał deszcz. Siedziałam i patrzyłam przez szybę na krople spływające po oknie. W domu było cicho.

Pomyślałam, jak bardzo zmieniają się nasze oczekiwania wobec szczęścia. Kiedyś wydawało mi się, że trzeba na nie poczekać. Że wydarzy się coś ważnego. Że przyjdzie jakiś szczególny dzień, spełni się jakiś plan, wydarzy się coś, na co długo czekałam. A tego ranka nie wydarzyło się nic wielkiego. Nie dostałam żadnej dobrej wiadomości. Nikt nie zadzwonił z czymś, co zmieniłoby mój dzień. Nie wydarzyło się nic, co można byłoby opowiedzieć komuś wieczorem przy kolacji jako najważniejsze wydarzenie dnia. Był tylko spacer, czerwony szalik, mokre kwiaty przy ścieżce, gorąca herbata, pies śpiący obok mnie, deszcz za oknem i mój dom.

Spojrzałam na kubek stojący na stoliku i poczułam nagle coś bardzo prostego. Że jestem szczęśliwa. Nie dlatego, że wszystko jest idealne. Po prostu dlatego, że siedzę właśnie tutaj. W swoim domu, pod kocem, z psem obok, jesienią za oknem i czerwonym szalikiem odwieszonym przy drzwiach. Pomyślałam, że chyba właśnie takie chwile najbardziej lubię. Te, które niczego nie obiecują, a jednak zostają w pamięci. Długo. Tak po prostu. 

:Kamila